wtorek, 23 września 2014

Szczęście w moim wydaniu... :)

foto z http://divano7.pinger.pl/m/5453203

Szczęście to pojęcie względne... Dla jednych szczęściem jest znaleźć na ulicy 5-złotówkę, czy czterolistną koniczynkę na wielkiej łące, dla innych może nim być cisza po ciężkim, wypełnionym obowiązkami dniu, a dla mnie moim szczęściem jest moje życie... 

Jasne - nie było lekko... A wręcz powiedziałabym, że było cholernie ciężko... Momentami życie tak dało mi w kość, że odechciewało się wszystkiego i jedyną myślą, jaka krążyła po głowie była ta o ucieczce na drugi koniec świata... Ale chyba warto było przez to wszystko przejść... Dzięki temu jestem takim człowiekiem, jakim jestem... Nie cofnęłabym czasu nawet gdyby obiecywano mi góry złota i wszelkie skarby świata. Gdybym to zrobiła na świecie nie zjawiłby się mój wspaniały Synek, a życia bez niego już sobie wyobrazić nie umiem...



foto własne

O tamtej pory minęło już 6 lat... Wiele za mną, ale wiem, że jeszcze więcej czeka na mnie w przyszłości... Mówią, że limit nieszczęść i kłopotów z czasem się wyczerpuje, ale czy w to wierzyć? Warto by było, ale z drugiej strony trzeba być w pewnej mierze realistą... ;) Na pewno tak w 100% nie ominą mnie zmartwienia i kłopoty, bo to raczej niemożliwe, ale mogę przecież z podniesioną główką spojrzeć na to wszystko i stawić czoła temu, co i tak nieuniknione...


foto: http://nk.pl/grupy/508077/galeria/1
Już jakiś czas temu nauczyłam się przyjmować świat takim, jaki jest. Wypracowałam w sobie pewną postawę, pewne poglądy, w których utwierdzam się każdego dnia. Przestałam się przejmować się opiniami innych na swój temat. Dla mnie najważniejsze stało się szczęście moje i moich najbliższych... W końcu przecież właśnie o to w tym wszystkim chodzi... W każdym, nawet najtrudniejszym dniu, staram się znaleźć choćby najmniejszą chwilkę, najkrótsze zdanie, czy pojedyncze słowo, które wywołało uśmiech na mojej twarzy i spowodowało, że dzień wydawał się jakby trochę mniej "do bani" :) 


Czasami wieczorami, kiedy leżę już w łóżeczku, a po głowie krążą miliony różnistych myśli, tworzę swoją "uśmiechniętą" listę :) Dopisuję do niej to wszystko, co sprawiło, że na niebie mojego życia chmur było jakby mniej, a te które w dalszym ciągu zostały zmieniły swoje ubarwienie z czarnego granatu na biały błękit :) Zapisuję na tej liście każdą taką rzecz, nawet jeśli wydawać się może, że to tylko bzdurka. Ale pamiętajmy - jeśli chodzi o nasze szczęście, nie istnieje coś takiego jak bzdurka, czy rzecz mało ważna... ;) Każdy powód do uśmiechu, każda chwila w której czujemy się szczęśliwi czy choćby zadowoleni z tego co jest tu i teraz, jest ważna... Musimy nauczyć się cieszyć się nawet najmniejszymi rzeczami. I nie chodzi tu o to, że poprzestajemy na drobiazgach i nie dążymy do pełni szczęścia... Chodzi raczej o to, że każdy z tych drobiazgów to kolejny kroczek ku temu, co tak naprawdę chcemy osiągnąć... 

Moje życie jest moim szczęściem, ponieważ nauczyło mnie bycia tym, kim jestem... Wielu może w tym momencie stwierdzić - co ty gadasz dziewczyno?! Nie masz przecież nic! Jeździsz starym samochodem, mieszkasz kątem u mamusi i pracujesz dorywczo gdzie się tylko da... Jak tu mówić o szczęściu?!
I rzeczywiście - właśnie tak może to wyglądać z zewnątrz... Ale pozory mogą mylić - jak to mówią, nie oceniaj książki po okładce... ;)
Jeżdżę starym autem? I co z tego - to mój "pszczół" i darzę go pewnego rodzaju uczuciem :) Zjada go rdza, w kilku miejscach skrzypi, ale czy to ważne? :) Jeździ, pomaga w codziennym funkcjonowaniu, a to przecież najważniejsze ;)
Mieszkam u mojej mamy? No jasne! A dlaczego? Ponieważ przy tylu moich życiowych zakrętach, wzlotach i upadkach to właśnie ona wyciągnęła do mnie rękę i pomogła... Za co zawsze będę jej wdzięczna... I to jest ten pozytyw - nie jestem sama...
Dorywcza praca? Hmmm... Wierzę, że będzie lepiej. Robię to co kocham, rozwijam się i z każdym dniem staram się wykonywać swoje zadania coraz lepiej... Po wielu "przygodach" w różnych zakładach pracy postanowiłam wreszcie spełniać swoje marzenia. Połączyć moją pracę zawodową z moją pasją... Nie jest to łatwe, ponieważ wymaga wielu poświęceń, ale mam przy sobie osoby, które mnie wspierają i pragną pomóc mi w moich dążeniach ku lepszej przyszłości... :) 




foto własne

Moją receptą na szczęście jest uśmiech, pozytywne nastawienie do życia i ogromne pokłady cierpliwości, wyrozumiałości i tolerancji... :) To dzięki temu świat wydaje się być piękniejszy a moje życie stało się dla mnie szczęściem, zamiast być drogą przez mękę... Czasem wystarczy spojrzeć na drugiego człowieka jak na kogoś nam bliskiego - mimo, że jest nam całkiem obcy. Wystarczy chcieć zrozumieć powody jakimi się kieruje, wystarczy chcieć wybaczyć potknięcia... I nagle okazuje się, że to co wcześniej wydawało nam się nie do zaakceptowania nagle staje się czymś normalnym... To nie było we mnie od zawsze. Taką postawę człowiek musi w sobie wypracować... Wiele razy trzeba siłą zacisnąć zęby i przejść z udawaną obojętnością... Z czasem jednak to udawanie staje się prawdą... Przestaje ci przeszkadzać to, co o tobie mówią inni. Zdajesz się na własne sumienie, na to co w środku podpowiada ci, czy robisz dobrze, czy źle... Przestaje cię interesować to, że kilka osób dookoła nie zgadza się z twoim zdaniem, czy poglądem... I dobrze - bo za ciebie nikt życia nie przeżyje... Twoje błędy - twój kopniak w tyłek. Za niepowodzenia możesz mieć tylko pretensje do samego siebie, do nikogo innego. Ale to działa w obie strony - za swoje szczęście również odpowiadasz sam. I jaką ogromną satysfakcję to daje! Wiedzieć, że to co sprawia mi ogromną radość, daje poczucie szczęścia to moja zasługa, bo pozwoliłam temu szczęściu przyjść do mnie :) POLECAM ten sposób - daje wspaniałe efekty! :)

Nie mówię tu broń Boże, żeby nie słuchać tego co mówią o nas i do nas inni. We wszystkim może tkwić ziarenko prawdy - trzeba je tylko umieć odróżnić i przesiać od tych wszystkich plew, jakie są nam podrzucane przez "życzliwych"... Zadanie nie łatwe, ale jak najbardziej wykonalne :)

To spojrzenie na świat warto zaszczepić również w naszych dzieciach. Nauczyć je cieszyć się z tego wszystkiego, co je otacza... Świat sam w sobie zmusza nas do podkręcania tempa, więc na prawdę nie musimy jeszcze robić dodatkowo tego sami sobie... Warto od czasu do czasu przystanąć i przyjrzeć się choćby biedronce... Głupie? Być może - wcale nie twierdzę, że nie, ale za to ile radości potrafi sprawić uśmiech dziecka liczącego kropki na tym małym czerwonym stworzonku...:)


I tak jest ze wszystkim co dzieje się dookoła. Jasne - czasem trzeba gonić z nurtem i wziąć udział w wyścigu szczurów, ale nie możemy zapominać, że najważniejsze w tym wszystkim jest NASZE szczęście. Całego świata nie uszczęśliwimy, nawet jeśli będziemy starali się ze wszystkich sił. Zacznijmy więc od siebie, a gwarantuję,że wtedy lepiej będzie się żyło każdemu :)


foto własne






poniedziałek, 22 września 2014

"Zwariowane życie..." już na Facebooku :)



Od dziś "Zwariowane życie dziewczyny z pasją" jest już na Facebooku (https://www.facebook.com/zwariowane.zycie.dziewczyny.z.pasja?skip_nax_wizard=true&ref_type=logout_gear) 
:)

Na bieżąco będziecie mogli śledzić moje poczynania, zapowiedzi postów itp. ;) :)

Do przeczytania już wkrótce...


Lucyna

środa, 10 września 2014

TOLERANCJA (I JEJ BRAK) WŚRÓD NAJMŁODSZYCH…


Dziś tekst, który jakiś czas temu zamieściłam na stronce, którą prowadzę do spółki z 6 innymi, równie wspaniałymi jak ja (:D) dziewczynami :) Kobiety Doradzą na facebooku - tam również mnie znajdziecie :)


Wklejam treść tego posta również tutaj, głównie dla siebie - i tylko dlatego, że historia tam opisana to historia moja i mojego Synka, opisana w dość zresztą łagodny sposób ;)



"Dla wielu dzieci rozpoczęcie tego etapu życia jakim jest przedszkole jest jak rozpoczęcie nowej, wspaniałej przygody, nowego etapu życia – tego weselszego, w którym pojawia się mnóstwo znajomych, kolegów, nawiązują się pierwsze wspaniałe przyjaźnie… Dla niektórych to piękne chwile, piękny czas, który z łezką w oku będą wspominać w przyszłości… No właśnie, dla niektórych…


Ja dzisiaj chcę napisać o tej pozostałej grupie dzieci, której z różnych powodów ciężko jest się zintegrować z pozostałymi… Dzieci potrafią być okrutne (na pewno nie jedna/nie jeden z was tego doświadczył/a albo zaobserwował/a w swoim życiu…). W mig zauważą, gdy ich rówieśnik ubiera się w mniej fajne ciuchy, wyśmiewają się z okularów czy blizn, wyzywają od najgorszych tych, którzy nie dorównują im fajnymi zabawkami, modnymi ubraniami, nie chcą słuchać dzieci z wadą wymowy... Powodów izolacji może być mnóstwo… Jedne są bardziej zauważalne, inne mniej, ale wszystkie są bardzo krzywdzące i pozostawiające ślady w psychice dzieci…



W nawiązaniu do powyższego chciałabym Wam opisać historię pewnego chłopca i jego początek „przygody” w przedszkolu… Piszę o tym nie dlatego by straszyć, nie dlatego by pokazać że przedszkole jest złe (bo nie jest!), ale dlatego by pokazać na co należy zwrócić uwagę, by pewnych sytuacji uniknąć i radośnie przejść przez ten ważny w życiu dziecka etap…


Wrzesień, początek przedszkola, grupa trzylatków… Pewien mały chłopiec nieśmiało wchodzi do sali… Kurczowo trzyma za rękę swoją mamę… Ze strachem rozgląda się dookoła, pod pachą dzierży swojego ukochanego misia… Zachęcany przez dłuższy czas przez panie nauczycielki w końcu nieśmiało wyciąga łapkę po autko, które stoi na półce… Idzie się bawić… Sam… A mama z drżącym sercem wychodzi… Chwilę nasłuchuje pod salą i później z głową pełną kłębiących się myśli odchodzi… Idzie do domu ze smutnym obrazem zapłakanego dziecka w głowie… W ciągu dnia u dziecka pojawiają się łzy i wielki smutek, ale wszystko idzie na karb trudnej adaptacji… Mijają dni, tygodnie, miesiące… Radości w oczach chłopca wciąż nie widać. Chodzi do przedszkola już bez płaczu co prawda, ale i bez entuzjazmu… Mama uspokajana słowami nauczycielek nie docieka przyczyn smutnych oczek… Rozmawia z chłopcem, zachęca go nawiązywania znajomości, do zabawy z rówieśnikami… Myśli, że maluch może rzeczywiście musi się po prostu przystosować? Może rzeczywiście potrzebuje tylko więcej czasu…?

Nadchodzą pierwsze wakacje, a tuż po nich kolejny rok przedszkola… Chłopiec tym razem nie jest smutny. Tym razem chłopiec jest przerażony… Zaczyna krzyczeć, płakać i błagać, żeby go stamtąd zabrać… Mama przerażona tym, co się dzieje próbuje dociekać dlaczego tak jest. Jednak nauczycielki tłumaczą, że powodem jest zbyt silna więź z mamą i brak przystosowania do bycia w grupie dzieci… A inni rodzice z politowaniem kiwają głowami szepcąc za plecami, mówiąc (przy swoich dzieciach!) że „ten to chyba psychiczny jest”… Pojawia się jednak inny chłopiec. Bierze zapłakanego malca za rękę i proponuje wspólną zabawę… W ślad za nim idzie jeszcze kilka dzieci. Zapłakany i przerażony chłopiec spogląda na nich z nieufnością ale idzie do przedszkolnej sali… Sytuacja wydaje się być opanowana… Kolejne dni choć za każdym razem rozpoczęte ogromnym żalem, płaczem i krzykiem, zawsze kończą się spokojem. Oczywiście skłaniało nauczycielki do ponownych stwierdzeń, że rozpieszczone dzieci już tak mają… Mama postanowiła zrobić wszystko, by pomóc swojemu dziecku… Pierwszy krok to kolejne rozmowy z nauczycielkami i panią dyrektor… Jak można się było spodziewać – niewiele one pomogły i rezultaty były marne… Mama nie poddaje się i udaje się do Poradni Psychologiczno-Logopedycznej… Z nadzieją, że tam otrzyma wskazówkę co robić dalej… Na szczęście tam interesują się problemem. Maluch zostaje przyjęty na konsultację logopedyczną. Dostaje się na terapię…

Mija kolejny rok szkolny… Zaczynają się kolejne wakacje, podczas których mama stara się dociec o co chodzi z tym przedszkolem… Spotyka się z rodzicami dzieci z grupy, rozmawia… Stara się rozmawiać z dzieckiem, wprowadza regularne - cowieczorne pogaduszki, które mają pomóc w otworzeniu się… Ale dziecko uparcie twierdzi, że nic się nie dzieje a jak opowiada to tylko o błahostkach, przy trudniejszych rozmowach zmienia temat i ucieka od rozmowy… Naciskać? Zmuszać do mówienie? Nie – to zwykle przynosi odwrotne rezultaty… Mama więc cierpliwie czekała, rozmawiała, tłumaczyła, pokazywała i przede wszystkim baaaardzo kochała… Mimo że lekko nie było, bo chłopiec swój ból przekładał na złość… Przestał słuchać co do niego mówiono, przestał okazywać ciepłe uczucia, reagował agresją na wszelkie sprzeciwy otoczenia na jego zachowanie… To były ciężkie wakacje – zarówno dla mamy jak i dla chłopca…

Zaczął się jednak wrzesień i… kolejny koszmar… Chłopiec po pierwszym tygodniu przedszkola zamyka się w sobie… Stres przed pójściem do przedszkola jest tak wielki, że trzęsą mu się ręce, przestaje mówić, zaczyna się moczyć… Przedszkole odpuszczone – na jakiś czas… Mama udaje się z dzieckiem do poradni psychologicznej, nie ma sensu z tym zwlekać… Udaje im się umówić na spotkanie ze specjalistą – nie muszą długo czekać. I na szczęście trafiają na wspaniałą Panią psycholog przy której chłopiec otwiera się już po 15 min rozmowy i zupełnie nieświadomie wyjawia w czym tkwi problem… To co mama usłyszała niemal zmroziło jej krew w żyłach…

Okazało się, że wszystko zaczęło się już 2 lata wcześniej i wciąż narastało… Chłopiec miał wadę wymowy i to właśnie od niej zaczęło się „piekło” jakie zgotowali dziecku jego rówieśnicy… Chłopczyk został odtrącony, ponieważ nie wymawiał poprawnie niektórych słów, do tego był nieśmiały i nie potrafił się obronić gdy inni „atakowali” – na początku słownie, a później jak się okazało również fizycznie (popychanie, szczypanie, nadeptywanie…). Na początku zabierano mu zabawki i wyśmiewano. Im dzieci były starsze tym wszystko stawało się bardziej brutalne – najsilniejsza grupa „rządzących” nastawiała inne dzieci przeciwko chłopcu, groziła że też nie będą się z nikim, kogo zobaczą bawiącego się z chłopcem…

Mama nie wytrzymała opowieści chłopca… I gdy tylko wyszła z gabinetu pani psycholog, która chciała porozmawiać z chłopcem na osobności (tak żeby dziecko nie widziało rodzica, ale mama mogła słuchać wszystkiego o czym rozmawiali) to zapłakała… Łzy całymi strumieniami leciały po jej zatroskanej twarzy… W sercu czuła tak potworny ból, że miała ochotę pójść do przedszkola i potrząsnąć wszystkimi, którzy tak bardzo skrzywdzili jej dziecko… Nie tylko dziećmi ale również nauczycielkami, które tak zbagatelizowały problem… Wiedziała jednak, że nie tędy droga i że tym nie pomoże… Musiała się jednak pozbierać szybko, zrobić coś dla swojego dziecka…
Wróciła do gabinetu, z całych sił przytuliła malca i powiedziała mu że kocha go najmocniej na świecie i że zrobi wszystko, by był szczęśliwy…

Chłopiec został później pod opieką innej pani psycholog, by mama mogła porozmawiać i ustalić „plan działania”, by pomóc dziecku w tak niesamowicie trudnej sytuacji… Plan zawierał kilka najważniejszych punków, rad i sposobów… W każdym tym punkcie najważniejsze było dobro chłopca i jego szczęście… Jednak to dopiero początek bardzo trudnej drogi jaka była teraz przed chłopczykiem i jego mamą… Wyboistej i pełnej zakrętów drogi, która zmierzała ku roześmianej i radosnej przyszłości dziecka i jego rodziny…

Jak widać przedszkole nie zawsze i nie dla każdego jest wspaniałym i beztroskim etapem w życiu… Ale może nim być – ponieważ gdy problem zostaje dostrzeżony odpowiednio wcześnie, bardzo szybko przestaje być problemem…

Myślicie – ot czcze gadanie? Historia z kosmosu? Do tego wyolbrzymiona i przekoloryzowana… Nic bardziej mylnego… Chłopcem, o którym pisałam jest mój Synek, a mamą, której serducho pękało z bólu jestem ja…




Wizyta u psychologa uświadomiła mi wiele rzeczy… Na wiele spraw otworzyła mi oczy… Na początku było mi niezmiernie przykro, że mój Synek otwiera się przed zupełnie obcą mu osobą, a ze mną potrafił rozmawiać tylko o błahostkach i to też niezbyt chętnie… Cały czas zadawałam sobie pytanie - co zrobiłam źle, że nie traktował mnie jako swojego najlepszego przyjaciela i przez 2 lata krył w sobie tyle złych emocji, tyle smutku i bólu… Zaczęłam sobie wyrzucać, że nie zareagowałam wcześniej na to wszystko, zaczęłam siebie obwiniać o całą tę sytuację… Ale pani psycholog uświadomiła mi bardzo szybko, że nie tędy droga. Nie ma sensu się obwiniać i że najważniejsze jest, że mały w końcu się przełamał i otworzył – a to przed kim to zrobił naprawdę wcale nie jest najważniejsze…



Po rozmowach z Panią psycholog i jej pytaniach szczegółowych dotyczących zachowań Synka w różnych sytuacjach życiowych, dopiero uświadomiłam sobie że symptomy tego, że coś dzieje się źle zaczęły się pojawiać bardzo wcześnie… Zamyślenie, brak ochoty rozmów o przedszkolu i kolegach powinny obudzić we mnie niepokój i zmobilizować do działania w celu zapobiegnięcia namnożenia złych emocji… Naiwnie wierzyłam w to, że Synek nie ma chęci opowiadać. Wierzyłam też, że nauczycielki, które z moim dzieckiem były 7-9 godzin dziennie zauważą, jeśli coś będzie nie tak i jeśli same nie naprawię sytuacji, to chociaż zasygnalizują mi, że coś jest nie tak… Niestety tak się nie stało… Machiny czasu jeszcze nikt nie wynalazł (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), więc nie było możliwości zmieniania tego, co się już wydarzyło, ale wiedziałam że przy silnym zaangażowaniu i upartym dążeniu do celu jestem w stanie stworzyć lepszą przyszłość…

Podczas wizyty u Pani psycholog stworzyliśmy „listę” zachowań, których powinno się unikać podczas rozmów z dzieckiem, a przy dogłębnym przemyśleniu, już w domku, wypracowaliśmy swoje metody na polepszenie sytuacji i zapobieganie powtórzenia się jej w przyszłości… Poniżej przedstawię kilka z nich – te najważniejsze i najczęściej stosowane… Na początku było ciężko i to bardzo… Synek pełen gniewu i złych emocji, w które zamienił się „przewlekły” smutek nieufnie podchodził do wszystkiego… W dalszym ciągu nie chciał się otworzyć, rozmawiać… I tu była potrzebna ogromna cierpliwość i miłość… Nie jestem ideałem (i pewnie nigdy nie będę). U mnie również pojawiało się zwątpienie. Nie raz zdarzała się sytuacja, w której miałam ochotę wrzasnąć i potrząsnąć Synkiem, by przestał zachowywać się tak paskudnie, by przestał płakać, krzyczeć, bić… Jednak nigdy tego nie zrobiłam. Wraz z odczuciem takiej chęci pojawiał się w mojej głowie obraz mega smutnych oczu mojego Synka i zapłakanej buźki i tym samym cała złość mijała.. Pojawiało się wzruszenie i serducho jeszcze bardziej wypełniało się miłością, która dodawała sił… Wiedziałam, że krzykiem nie zmienię niczego. A wręcz przeciwnie – krzykiem spowodowałabym zamknięcie pewnych drzwiczek, które z takim trudem, pomalutku udało nam się pootwierać… Każdy z nas musi wypracować własne metody pozbywania się stresu i zdenerwowania… Tych uczuć w nadmiarze nie wolno nam okazywać dziecku. Ono odbiera wszystko ze zdwojoną siłą. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego ile naszych nerwów zostaje w dziecku nawet po tym, jak z nas już opadną emocje. Ile niepotrzebnych słów czasem słyszy dziecko w czasie, kiedy my wyładowujemy swoją złość. My o tym zapominamy. W głowie dziecka takie rzeczy długo odbijają się echem…

Najważniejsza „zasada”, której trzeba przestrzegać to bezgraniczna miłość okazywana w każdym momencie i w każdej sytuacji. Również duża wyrozumiałość i cierpliwość są niezbędne. Nie zapominajmy też o umiejętności słuchania, a nie udawania że się słucha i przytakiwanie…To na początek… Dopiero gdy uda nam się wypracować dobrą metodę na własną cierpliwość i stres możemy pójść dalej… Nam się udało, więc i Wam się uda – bo nie ma niczego ważniejszego niż dobro naszych dzieci… Czasem naprawdę było ciężko, nie chciało się rutynowo, każdego dnia robić co niektórych czynności, ale trzeba było – głównie dlatego, że pozwalały one Synkowi oswoić się z nowym… Z czasem wszystko stało się łatwiejsze, weszło w nawyk i było robione tak, jakby było naturalne i od zawsze…

To co wypracowaliśmy na samym początku było bardzo kruche i byle niepowodzenie, byle drobiazg to niszczył… Dlatego postanowiłam porozmawiać szczerze z nauczycielkami i z rodziną… Poprosiłam ich o pomoc w przywróceniu radości życia mojemu Synkowi. Nie chodziło o traktowanie go jak jajka i użalanie się nad nim, ale o wyciągnięcie pomocnej dłoni, o odrobinę zainteresowania tym, co dzieje się w środku młodego człowieka, o życzliwe słowo od czasu do czasu, o głośne wyrażenie pochwały tam gdzie się należała, o pogodny uśmiech czy przytulenie, gdy w oczach ponownie zaczynał pojawiać się smutek… Naprawdę nie trzeba wiele, by dziecko miało poczucie bezpieczeństwa, by czuło się akceptowane i czerpało radość z dnia codziennego i z towarzystwa kolegów…

Po pozytywnym przyjęciu moich słów przez osoby, które mają na co dzień styczność z moim Synkiem zaczęło się codzienne wprowadzanie czegoś nowego, czegoś co miało pozwolić małymi kroczkami zbliżyć się ku radosnemu jutru.

Co wieczór przed spaniem czytaliśmy książeczki. Dopóki Synek się nie wyciszył, dopóki nie pozbył się tych wszystkich złych emocji były to zwyczajne bajki, bez omawiania zachowań bohaterów. Jednak z czasem, gdy widziałam, że mój Skarb gotowy jest na rozmowy i analizowanie zaczęliśmy czytać książeczki dotyczące emocji. Na przykładzie różnych bohaterów mój Synek uczył się czym jest smutek, złość, miłość, zazdrość itp. Po każdej takiej bajce omawialiśmy sytuacje, w których dane emocje występują… W „zwykłych” bajkach też wyszukiwaliśmy różnych zachowań, omawialiśmy, czy są dobre, czy złe, co można zrobić żeby naprawić to co danemu bohaterowi nie wyszło – z czasem zaczęliśmy też doszukiwać się podobnych zachowań w naszym życiu… W ciągu dnia zachęcałam też synka do ilustrowania swojego dnia. Tworzenia takiego malowanego pamiętnika… Z takich dziecięcych rysunków można naprawdę bardzo wiele odczytać – i wcale nie trzeba być do tego jakimś wykwalifikowanym psychologiem. Wystarczy spojrzeć na to okiem kochającej mamy/kochającego taty… 

Każdego dnia, a w zasadzie to każdego wieczora rozmawialiśmy też o tym co działo się w ciągu dnia. Na początku, dopóki Synek nie był jeszcze skory do rozmów na trudne tematy, rozmawialiśmy o błahostkach, o chwilach szczęśliwych, roześmianych, o tym co w ciągu dnia się udało, o świetnie wykonanych zadaniach, o niespodziance, którą udało się przygotować dla babci i tym samym ją uszczęśliwić… Najważniejsze w tym punkcie? Starać się rozmawiać KAŻDEGO DNIA… Nie wymagać jednak od dziecka by powiedziało nam wszystko… O ważne sprawy zaczęłam delikatnie podpytywać dopiero po jakimś czasie. Zaczęłam pytać o to, co w ciągu dnia nie do końca nam wyszło. Na swoim przykładzie pokazywałam, że nie każdy musi być ideałem, że każdemu w życiu czasami coś nie wychodzi. Staraliśmy się tym samym znaleźć rozwiązania spraw, które „za pierwszym podejściem” nie wyszły… Bardzo pomocne okazały się tu książeczki, o których wspominałam wyżej…

W troszkę późniejszym etapie przyszykowana została przeze mnie tablica nagród. Tak, tak – NAGRÓD! Wbrew powszechnie panującemu przekonaniu nadmierne karanie dziecka nie wpływa korzystnie ani na jego psychikę ani na zachowanie…
Tablicę można zakupić, jest ich ogromny wybór na rynku, ale ja naszą wykonałam sama, z zupełnie podstawowych materiałów, jakie niemal każdy z nas posiada w domu. Wystarczyła kartka a4, linijka i kolorowe pisaki  naprawdę nic wielkiego… każdy dzień tygodnia miał swoją rubrykę, na której końcu znajdowało się okienko podsumowujące. Obok „tablicy” co tydzień wisiała inna karka – CEL wisiała i kusiła… Co tydzień Synek wybierał swoją nagrodę, do której będzie dążył, malował ją i wieszał obok tablicy. Przez cały tydzień zbierał uśmiechnięte i smutne minki – za czynności, które wykonywał, za zachowanie itp. Starałam się przy tym nagradzać wszystko, nawet byle drobiazgi a karać tylko za naprawdę duże „przewinienia”, co przy zaburzonej i bardzo zaniżonej samoocenie Synka powodowało, że nie poddawał się tak łatwo w swoich dążeniach. Każda przydzielana minka była omawiana – co za co i dlaczego  Tablica to wspaniały sposób na podniesienie samooceny dziecka, motywuje do działania i pracy nad samym sobą… Wykorzystujemy ją do dziś – teraz jednak bez taryfy ulgowej  sprawdza się świetnie

Kolejny etap? Zadanie od naszej pani psycholog - poobserwuj bacznie swoje dziecko. Znajdź w nim mocną stronę, coś w czym jest dobre, w czym może się wykazać… To nie musi być nie wiadomo co. To może być przykładowo malowanie, śpiewanie, skakanie, bieganie – COKOLWIEK! Pozwól dziecku na rozwijanie swojej pasji. U nas tą pasją okazało się być (ku mojemu zdumieniu!) gotowanie… Nie mówię tu o Kuchennych Rewolucjach (choć czasem moja kuchnia rewolucję przechodziła :P), ale o codziennej pomocy w kuchni. Przyrządzaniu kanapek wg własnego pomysłu, przygotowanie sałatki, dekorowanie ciasteczek… I w tym punkcie ponownie ważne jest chwalenie, nagradzanie… W późniejszym etapie konstruktywna krytyka i wskazówka jak zrobić lepiej, co można zmienić…
Zacznijcie nawet od drobnostek i nie zapomnij, że każdy, nawet najmniejszy sukces wymaga pochwały, ponieważ to bardzo podnosi samoocenę dziecka, pomaga mu w przezwyciężeniu strachu i powoduje lawinę pozytywnych emocji…

A co możemy na co dzień zrobić dla naszych dzieci, by uchronić je przed powtórzeniem historii mojego Synka?
Przede wszystkim uczmy szacunku do innych, bo słabszy i nieśmiały nie znaczy gorszy…
Uczmy tolerancji – wada wymowy, noszenie okularów, blizna na policzku czy znamię na nóżce nie powodują że człowiek przestaje być człowiekiem.
Tak samo naszego człowieczeństwa nie zabiera brak markowych ubrań, piórnik z dyskontu czy używany plecak po starszym bracie…
Uczmy, że to nie rzeczy są ważne tylko człowiek sam w sobie…
Uświadamiajmy naszym dzieciom, że nie ma ludzi idealnych, uczmy je akceptować rówieśników takimi jakimi są.
Uczmy reagować na zło, które dzieje się innym – nie trzeba angażować się fizycznie, wystarczy że dziecko zgłosi złe zachowania do osoby dorosłej.
Nie bójmy się psychologów – to ludzie, którzy pomagają się uporać z naszym wewnętrznym bałaganem i potrafią nakierować nas na właściwe ścieżki… Psycholog jest przydatny w wielu kwestiach – nie ważne czy chodzi o dziecko krzywdzone czy też takie, któremu ciężko pojąć, że krzywdę robi innym. Ważne jest jednak, by to RODZIC zareagował odpowiednio wcześnie, próbował naprawiać to co się złego wydarzyło i udać się po pomoc, kiedy własne środki i sposoby okazują się być niewystarczające i zawodzą…
Nie bójmy się i nie wstydźmy wizyt u logopedów – to świetni specjaliści, którzy chętnie pomogą, gdy problemem jest wada wymowy - nie ważnie jak duża... To może być małe seplenienie, czy niewymawianie lub złe wymawianie poszczególnych literek... Ćwiczenia poprawią wymowę, a to z kolei podniesie samoocenę dziecka - a jakie tego są korzyści, to już chyba wszyscy wiemy...
Pamiętajmy również, że surowa kara i krzyk to nie sposoby na złe zachowanie dzieci – to nasza słabość i nieumiejętność poradzenia sobie z daną sytuacją. A za swoje słabości i nie możemy winić naszych dzieci i tym bardziej nie możemy na nich wyładowywać swoich emocji… Często krzyk, agresja i tzw. histeria naszych dzieci to nie wynik nieposłuszeństwa, czy rozwydrzenia… Często to pierwszy sygnał do tego, że coś dzieje się nie tak, często to również dramatyczne wołanie o pomoc, którego nie potrafimy prawidłowo odczytać…

To wszystko jest ważne, nawet bardzo ważne… Tylko żeby nam nie umknęło to, że nie wystarczy tylko o tym mówić, nawet (a ZWŁASZCZA!) powtarzać tego samego w kółko… Dziecko słuchając naszych „wywodów” wyłącza się już po 3 zdaniu… Dzieci to wspaniali obserwatorzy i naśladowcy, z nas biorą przykład, bo my jesteśmy im najbliżsi. Zmieniając swoją postawę na „aktywnie pokazującą” zamiast tej „pasywnie wymagającej” i trzymając się wszystkich reguł, które chcielibyśmy przekazać naszym pociechom, stosujemy najwspanialszą metodę nauki i utrwalania dobrych zachowań. Na nic gadanie, jeśli swoją postawą pokazujemy coś zupełnie innego…"

Witajcie w mojej bajce... ;)


     Całkiem zwyczajna dziewczyna o całkiem zwyczajnym życiu, poukładana, spokojna, z całkiem zwykłymi problemami dnia codziennego... ;) Tak mógłby się zaczynać niejeden opis niejednej osoby zakładającej bloga, ale nie mój ;) :)
     Co sobie myślałam zakładając tego bloga? A no właśnie nic nie myślałam...;) Miejsce stworzone tylko po to, by móc gdzieś się wyżalić, by móc gdzieś napisać o tym, co siedzi w środku nie zużywając przy tym całego magazynu papieru (powiedzmy, że to pro ekologiczna wersja pamiętnika  - mniej ściętych drzew itp. itd... ;) Nie wiem, jak się ma do tego kwestia zużycia energii, ale mniejsza z tym ;) Nie będę teraz tego roztrząsała ;) ). To moje powody założenia tego dziwnego tworu, jakim jest blog... A czy ktoś to będzie czytał? Heh, nie wiem - ale niech Pan ma go w swojej opiece ;) Z góry zaznaczam, że nie biorę odpowiedzialności za skutki uboczne jakie może przynieść czytanie o rzeczach, które wydarzyły się i jeszcze wydarzą w moim życiu oraz o tym co siedzi w mojej pokręconej głowie ;)